Na koniec swiata cz1Napisane przez Frantic![]() Luty 2009 Idee fixe zrodziła się ni stąd ni zowąd na targach wędkarskich w Warszawie, w lutym 2009 roku w mojej chorej, wiecznie spragnionej wrażeń, łepetynie. NORWEGIA. Na razie tylko tyle. Ktoś tam był, coś złowił, jakieś skąpe relacje przedstawił... Skąpe, jednak pobudzające wyobraźnię do granic. Wielkie ryby! Wiem, że to, co napisze za chwilę nie spotka się z entuzjazmem naszych kobiet, matek, teściów i Bóg wie kogo... Nie zrozumieją tego, nie pojmą, nie zmieści to się w ich zatroskanych głowach, że Muszę tam jechać!
Ta myśl świdrowała mi czaszkę, budziła po nocach, była odskocznią od szarej codzienności. Norwegia.. . Jakieś to nierealne, nierzeczywiste, jakby z innego wymiaru, a jednak... Jednak nie jest tak całkiem nie z tej ziemi, pozbawione sensu, możliwości realizacji. Myśl, która majaczy jak sen, by wraz ze wstającym świtem nabrać pozorów realności, przywdziać kształty możliwe do ogarnięcia. I nie jest to przebudzenie, które zniknie i rozproszy się w promieniach wstającego słońca, ale takie, co zaczyna dokuczać, co świdruje czaszkę, rozwala harmonię; poukładany dzień, podobny do poprzedniego staje się nagle całkowicie obcy. Podporządkowany sile, która nie pozwala facetowi dospać, która jednemu każe iść na balkon, zapalić cigareta, podumać, innemu wziąć wędkę i wejść w samotność zionącą oparami zimna i chłodu, mięty i tataraku. Taka forma zakochania, tyle, że obiekt tej miłości jest k...o daleko, gdzieś za Kołem Polarnym, gdzie nawet psom dupami nie chce się szczekać... E 21 46,...
N 70 23,... Filip był pierwszym, z którym podzieliłem się tym wyzwaniem. Nie zastanawiał się nawet minuty, nawet pół. -Ja w to wchodzę, kiedy? -2010 rok. Wiedziałem, że kasę trzeba uzbierać, po drodze komunia dziecka, chałupa niewykończona czeka.. . Filip, kawaler bez zobowiązań jechałby nawet jutro. K.. . przekląłem w duchu, jak ja mu zazdroszczę! -No nie ma sprawy! zmartwił się nawet, że tak odległy termin. Kolejnym przyszłym uczestnikiem miał być Wojtas (Wojti80).
Młody żonkoś ongiś. Miotał się strasznie z tymi chęciami... Wiedziałem, że chce jechać, że chce pogodzić swoje plany, znaleźć ich odbicie w oczach ukochanej... jednak w końcu pantofel okazał się za ciężki do odrzucenia i dał spokój. Szkoda Wojtas, że Cię z nami nie będzie... Po trzykroć szkoda... W Twoim towarzystwie i browar inaczej smakuje, i wódeczka ruda... A wyprawa jest udana nawet gdy ryby za cholerę nie biorą... Dla samego towarzystwa. Ech, szkoda... (pozdrów Ankę ) Wypijemy Wasze zdrowie! Będę o Tobie pamiętał...Marka trzeba było wziąć sposobem, podkręcić, rozbudzić emocje, zadać klina. Sprytnie, bez pośpiechu, jak zasiadka na lina. Cierpliwie i systematycznie przekonywać, że da radę.. . Z małżonką, kredytami.. . Myślał, dumał, chodził po firmowym podwórku z nosem przy ziemi... Aż połknął głęboko przynętę. Był nasz. Brakowało czwartego do brydża. Przypomniałem sobie, że mam brata... Tyle, że w ...Korei. Misjonarz, Pallotyn. Właśnie w 2010 miał przyjechać do Polski na urlop. Jego niewielką część spędzi jednak prawie 2000 km dalej. W Norwegii. Jarek (1977)
jest misjonarzem od dwóch lat na placówce w Korei Płd, niedaleko Seulu. Jak był w kraju, zabierałem go czasem na Passata (występuje chyba w pierwszej relacji z koleżeńskich zawodów Pomuchle coś tam.. .) Nie łowił dobrych parę lat, taternik z zamiłowania, Tatry, Alpy, Dolomity we Włoszech zna jak własne podwórko. Obieżyświat - cokolwiek to słowo nie znaczy - do niego pasuje. Reszta ekipy włącznie ze mną to pracownicy firmy EXPERT, znanej ze spławików i sprzętu SPRO oraz GAMAKATSU. Filip (1982),
najmłodszy z naszej czwórki, prowadzi obsługę sprzedaży, nie odmówi nigdy, gdy pada propozycja wyjazdu nad wodę, dzielnie walczy z morzem, bałtyckimi dorszami, ale prawdziwą jego pasją są szybkie samochody, motory i cross; dusza towarzystwa i główny ekonomista i skarbnik zarazem wyprawy. Marek (1965)
jest również pracownikiem w dziale sprzedaży. Farciarz, że drugiego takiego ze świecą szukać. Wędkarstwem zaraził się stosunkowo niedawno, ale syndrom pierwszego razu w jego wykonaniu potwierdza się z każdym wyjazdem. Krzyś (1970) czyli ja (Frantic)
projektuję spławiki i zarządzam produkcją, natomiast łowię od dziecka albo jeszcze wcześniej. Zaczynałem od spinningu i pstrągów, poprzez spławikówkę (odległościówkę), gruntówkę, teraz zwariowałem na punkcie morza, jednak staram się nie zaniedbywać słodkowodnych technik tradycyjnych. Pomysłem podzieliłem się z Łukaszem (Forest na forum) i Dominem. Dwaj zwariowani karpiarze, że drugich takich to ze świeca szukać. Nie było wyjścia - musiałem organizować drugi samochód . Kubę i Piotra też nie trzeba było zbytnio namawiać. Kasa ... Wiadomo dużo jej potrzeba, no ale do wyjazdu w końcu ponad rok. -Jakoś to będzie - przekonuję kolegów, aby podnieść ich (i siebie) na duchu. Fori i Domin to prawie nierozłączna para wędkarskich wypraw.
Z nimi nie sposób zasnąć podczas długiej podróży. To akurat dobra strona ich permanentnego gadania. Lubię słuchać ich (jakże ubarwionych) dialogów, monologów... Nie będę pisał dokładnie kto co robi, bo czasem za dużo się napisze.. . wiecie jak to jest W każdym razie jeśli ktoś chce kupić kuchnię, to Forest jest właściwą osobą, natomiast do Domina można po mercedesa się zgłosić. Nie łudźcie się - nie za darmo.Kuba
jest moim kolegą od czasów studiów. Dużo młodszy, pamiętam go jako kurdupla, gdy jeździłem do pobliskiego Fordonu na koniach sobie pojeździć. Z jego bratem (Hebel - występuje jako zapalony koniarz w Nieprzyzwoitej Balladzie) byłem na tym samym roku. Kuba obecnie jest fachowcem od pasz, premixów, witamin, jednym słowem wszystkiego, co można zwierzętom gospodarskim do ryja zapodać oraz fachowiec od organizowania imprez jeździeckich, pomiaru czasu, parkurów i co nie tylko. Piotr jest moim sąsiadem zza miedzy.
Poznałem go w zasadzie niedawno, kilka lat temu, a od dwóch lat jeździmy razem na ryby- głównie na morze. Występuje w opowiadaniu jak zgubiłem silnik . Na co dzień pracownik Castoramy, fachowiec od elektrycznych i elektronicznych badziewek. Wieczorami często przy grillu i browarku snujemy wędkarskie plany oganiając się od komarów. Znacie już skład ekipy, zostało wybrać miejsce, zarezerwować, opłacić. Wielka niewiadoma. Dzwonię po firmach wędkarsko-turystycznych, szukam w ich folderach, na mapach. Krótka narada: - Jeśli mamy jechać tak daleko, kosztem wielu wyrzeczeń, to jedźmy tam, gdzie dalej już nie można. Na całość, NA KONIEC ŚWIATA !.
[Przylądek Północny - najdalej na północ wysunięty skrawek stałego lądu. Stoi tam, na wysokim klifie, metalowy globus Ziemi. Dalej się nie da... ] Biorę mapę. Zostawiłem Lofoty, jadę na mapce wyżej, Tromso.. . jeszcze wyżej. Alta, Oksfjord, Jokelfjord! Tak, Jokelfjord i baza Synatur. Adres bazy doszukałem się w Internecie. Korzystając z komputerowego tłumacza skrobnąłem list do właściciela. Powaliłem go na łopatki, że po norwesku walę słowa... Po pierwszej wymianie pasujących terminów, uzgodnieniu ceny i rabatu , przez miesiąc cisza w eterze, nie odpowiada na moje listy... Co jest? Nie namyślając się wiele postanowiliśmy uruchomić drugą, alternatywną możliwość, pewniejszą, bo przez biuro. Los padł na Eventur.. . Tomek z EventurFishing zaoferował nam chyba jeszcze lepsze miejsce w Sor Tverrfjord - też na Płw. Loppa, ale od płn-wsch. strony. Od strony wyspy Soroya, znanej z połowów halibuta oraz przeogromnych dorszy http://www.firmad...dberg.html. (jak czytam ten artykuł, o dorszach prawie 40 kg, to życie nabiera kolorytu) Mnie to pasuje, chłopakom też. Szybciutko podpisaliśmy umowę, dokonaliśmy wpłat po 500zł na głowę. Koszmar nerwów się skończył. Na razie. Miejsce jest, firma znana, ma dobre opinie, a cena o jakieś 200zł większa niż byśmy sami organizowali, co wydaje się niewielką zwyżką, biorąc pod uwagę ryzyko niedogadania się... Do tego w cenie ubezpieczenie, czego nie brałem pod uwagę. Czerwiec 2009 Do wyjazdu jest rok, a nie ma dnia, żebym nie myślał o sprzęcie, rybach, pogodzie.. . Codziennie oglądam na norweskich stronach, jaki wiatr, jaka temperatura, deszcze. Wyznaczam trasę przejazdu, gdzie tankowanie, szczanie, wszystko się w deklu się kotłuje, na wszystkie pytania chcę znać odpowiedź. Od razu, bez czekania. Kryzys wywindował waluty. Te też śledzę. Trzeba wyczuć moment i trochę kupić SEK-ów, NOK-ów, EUR-ów. Na razie za drogo. Czekamy. Zanim złotówka się umocni, opiszę trochę sprzęt. Relacje ludków, którzy tam byli bywają równie sprzeczne, jak słowa dzierlatki, która nie chce, a daje.. . Jedni mówią, że sprzęt w zasadzie taki, jak na Bałtyk, inni opowiadają o zajechanych kołowrotkach, plecionkach, że konia można powiesić. Pilkery do 200g - rzeczą jedni, drudzy zakładają 500g. I weź tu się, kurde, zorientuj.. . Uradziliśmy, że bierzemy po kilka wędek, w tym jedną jak trzonek do miotły z solidnym młynkiem, reszta - mocniejsze wydanie bałtyckich kijaszków. Plecionkę postanowiliśmy nawinąć wszędzie nową. Zakupimy duże szpule, po 2000m, tak, żeby było po 300-500 metrów na każdym kołowrotku. Z wędkami tez sobie jakoś poradzimy. Szukamy po katalogach... Trudno wybrać, nie mając kija w ręce. Wrzesień 2009 Filip jedzie do SPRO, do Holandii i wszystko maca po kolei. -Jest! Wybieramy NORWAY EXPEDITION JIGGER. Są dwie wersje - do 240g i do 400g. Bierzemy obydwie.
Największy problem jest z kołowrotkami. Te niezniszczalne to już nie nasza półka cenowa. Na YouTubie patrzymy, jak dym z jednego leci podczas odjazdu czarniaka. Trochę nas to przerasta. Rozsypie się, to rozsypie, byle było na co łowić - jak w pierwszy dzień wszystko zajedziemy. Marek wynalazł Quick Power Championa, ja z Filipem Steel-Powera też DAM-a. Mamy jeszcze kilka Quicków Power Piratów, duże Passiony 750 i BlueArc 750.
No musi to wystarczyć i tyle. Najwyżej będziemy zwiedzać góry i robić zdjęcia orłom i wielorybom. Cały czas czekamy na dobry moment, aby kupić waluty. Ciężko wyczuć. Sam już nie wiem, od czego zależy kurs naszej złotówki... Chyba do wróżki po poradę pójdę. Albo do Cyganki. Bratu muszę kupić kombinezon wypornościowy. Szykują się zatem spore zakupy, biorąc pod uwagę rękawiczki, buty gumowe, jakąś odzież termiczną. O zakupach codziennego użytku i na drogę w ogóle nie wspominam. Szlag by to trafił! Ale wszystko powoli, jest koniec września, czasu jeszcze tyle, że zdążyłbym zajść w ciążę i do wyjazdu urodzić. Dobrze, że nie zajdę, no i nie urodzę... (musiałbym pokarm DHL-em do kraju dosyłać) Listopad 2009 Czas ucieka, jest listopad z długimi wieczorami do rozmyślań. Senne te popołudnia, gdy nic się nie dzieje. Czasami, w wolnej chwili spotykamy się w robocie, w kuchni i dzielimy się wrażeniami, przemyśleniami, ktoś coś posłyszy, jakiś filmik w Internecie wypatrzy... Wszystko łapiemy, chłoniemy, a złotówka wciąż za tania, żeby wymieniać. Z wymianą poczekamy do lutego. Obserwuję roczne zestawienia kursów i widzę, że wtedy najtaniej można wszelkie waluty nabyć. Kasę trzeba zbierać! Dzień za dniem płynie. Grudzień 2009 Przychodzi kombinezon wypornościowy. Wszyscy zbieramy się u mnie w biurowym pokoju i krytykujemy... Co on ma, a czego nie ma... Wszystko ma! Jest extra! Styczeń 2010 Zamówiliśmy plecionkę. Wyboru wielkiego nie było. Kierowaliśmy się stosunkiem średnicy do wytrzymałości, dzieląc jeszcze jej ceną przez metr bieżący. Na 4 osoby zamówiliśmy dwie szpule, po 2 km każda plecionki 0,28mm i 16kg Dynafil SPRO. Ustalamy datę spotkania z drugą czwórką (Fori, Domin, Piotr, Andrzej), która pojedzie drugim autem. Będzie to 22 stycznia. Mam nadzieję, że wszyscy się zjawią w określonym czasie i miejscu. Trzeba omówić opcje trasy, koszty, podzielić ekwipunek.. Część z nas chciałaby pojechać na Nordkapp czyli najbardziej wysunięty na północ skrawek Europy. Musimy tam być! Ciężko jest cokolwiek planować nie znając realnej prędkości poruszania się wśród łosi i reniferów. Mandatów też nie chcemy płacić. Są dwie opcje. Pierwsza zakłada, że na Nordkapp wjedziemy w drodze powrotnej, a druga, bardziej realna każe zamiast żeglugi do Nynashamn, płynąć do Helsinek i stamtąd jechać na koniec Europy. Trasa trochę droższa, ale rokowania zwiedzenia lepsze, bo więcej czasu. W tzw. "międzyczasie" buszuję we wzorach jakichś przynęt morskich w stylu Big Game. Wreszcie spotykamy się. Wszyscy. No prawie wszyscy. Forest jest od pół godziny ojcem i pępowinę odcina. Usprawiedliwiony. Kuba nie przyjechał. Inne priorytety. No to po browarku - kto nie prowadził. Ustaliliśmy daty i opcje trasy oraz założenia ogólne dla przedsięwzięcia, spisując stosowny protokół. W końcu trochę kasy trzeba pozbierać - i lepiej mieć wszystko na papierze. Luty 2010 Kuba rezygnuje. Brakuje jednego do tańca. Co robić? Telefony po znajomych niewiele dały. To jednak trochę ciągnie taki wyjazd. Ale spoko, bez paniki, w końcu prawie pół roku jeszcze... Zgłasza się Andrzej z narybkowego Forum. Nikt go nie zna, co nie znaczy, że nie pozna. Jest konkretny i chce jechać, a do tego ma na to środki. Potrzeba czegoś więcej? Andrzej jest z Głogowa, a więc dość daleko od nas. Branża samochodowa, budowa silników do VW.
Marzec 2010 Przeglądam katalog. Szukam kołowrotka, z którym byłbym spełniony. Power Driver XL SPRO... Cena powala. Pięć i pół stówy, ale cały metalowy, stainlees steel, do tego uszczelniony przed wodą w ośmiu miejscach. Kontaktuję się z bratem. Jest za. Zamawiam 2 sztuki. Przyszła plecionka. Trochę chuda, ale jak zmierzyłem te 0,28mm ma. Dobra firma, bo nie oszukuje. Asekuracyjnie nawijam na te mniejsze kołowrotki. Zamawiam ... grubszą plecionkę . Dwa razy po 500m. 60Lb. W końcu jedziemy na koniec świata, łowić halibuty, a nie do Ryśka na Passata (z całym szacunkiem dla Ryśka i bałtyckich dorszy). Złotówka rośnie w siłę! Nareszcie! Kilka razy dziennie oglądam tabelę kursów i robi się lepiej na sercu i w portfelu. W tym tygodniu zdecydowaliśmy się zapłacić Eventurowi całość. I tak rozliczamy się w walutach, więc moment odpowiedni. Warto też wymienić PLN-y na NOK-i. Ustalamy datę następnego spotkania, jeszcze w marcu. Czas leci. Dzień za dniem przepływa w takim tempie, że trudno oglądać się wstecz. Na zebraniu omówimy potrzeby sprzętowe reszty ekipy z drugiego auta. Będzie na nim Andrzej z Głogowa. Kwiecień 2010 Do wyprawy coraz bliżej. Kompletujemy sprzęt, zamawiamy potrzebne drobiazgi. Ustalamy co zabrać do jedzenia i kto co kupuje. Waluty osiągają przysłowiowe dno i rzutem na taśmę kupujemy dla siebie po 2000 NOK-ów. Szacunkowe obliczenia potwierdzają wystarczającą ilość tej monety, a w razie czego mamy karty płatnicze. W kwietniu, podczas zawodów trollingowych mam z Filipem możliwość przetestowania plecionki SPRO oraz jednej nowej wędy. Szczęśliwie zdobywamy 2 miejsce i zostajemy obsypani nagrodami, które oczywiście bierzemy na Daleką Północ. Pod koniec kwietnia mamy już praktycznie wszystko. Filip jeszcze czeka na wędkę do morskiego dżerkowania (z pazurem). Maj 2010 Liczymy tygodnie... Jeszcze 6. Przychodzi wreszcie długo oczekiwana plecionka. Jest kolorowa (pewnie chińska) i w porównaniu z dotychczas używanymi cholernie gruba. Na kołowrotek wchodzi jej nieco ponad 300 metrów. Dzięki uprzejmości i kontaktom z firmą MAX, dajemy im do zrobienia specjalne przypony żywcowe z metalowej linki o wytrzymałości ponad 30kg. Na końcu jest kotwica 5/0 Gamakatsu ME, a zaraz za nią hak 5213 6/0, na którym będzie przynęta na małe czarniaki. Wszystko to wydaje mi (nam) się na razie jakąś egzotyką w rozmiarze King Maxi. Ale jak się tam nie było i nie łowiło, to trudno się dziwić, że z pewnym niedowierzaniem w skuteczność podchodzimy do monstrualnych haków i przynęt. Okaże się w praniu co to jest warte. Tymczasem waluta zgodnie z przewidywaniami zaczyna szaleć. Szaleństwa te mamy teraz gdzieś bardzo głęboko (domyślcie się sami gdzie...) No chyba, ze Eventur będzie domagał się dopłaty do ceny z powodu wzrostu kursu... Rynek to istna wieża Babel. Filipo nie wytrzymuje ciśnienia i też sobie nabywa Power XL... To już trzeci taki młynek w naszej ekipie.25 maja... zostaje miesiąc. Czerwiec 2010 Czasu już niewiele. Załatwiamy Europejską Kartę NFZ. (tak na wszelki wypadek), jakieś doubezpieczenia auta - żeby dali zastępcze, jak nasze się rozsypie. Zamówiliśmy też koszulki ze stosownym nadrukiem. W końcu nie codziennie jedzie się na Koniec Świata. Samochód też okleimy nalepkami. Trzeba coś wymyślić. Kasy wciąż idzie, choć niby wszystko już jest. Sam nie wiem jak to się dzieje.. . Jeszcze tylko to, jeszcze tamto, jakieś drobiazgi, pierdoły i końca tego nie widać. Do wyjazdu mniej niż dwa tygodnie... Czas wyłożyć wszystko na stół i poskładać do kupy, podzielić się, pooglądać, pomacać, pobyć już tam daleko na kołyszącej się łupinie pośród monstrualnych fiordów... Oglądamy kilka razy dziennie nasze "zabawki", przymierzamy kręciołki do wędek. Z resztą sami zobaczcie co tu mamy, a to przecież tylko wierzchołek góry z całego majdanu, który zabieramy. 10 dni... Czas na zakupy spożywcze. Chińskie zupki królują. Nie wiemy co zabrać... Ile? Pomysłów zbyt wiele. Chleb? Bułki? Może makaron... Ziemniaków nie wolno do Norwegii wwozić. "Lekarstwa" w bardzo ograniczonym zakresie. Papierosów szczęśliwie nikt nie pali. Forest po raz kolejny przyjeżdża do nas, do firmy, po zakupy. Dla Domina też kupuje... Wszystko podwójnie. Domin nie może z tymi zabawkami do domu wjechać, bo przecież nie było żadnych zawodów, na których mógłby te dobra wygrać , a wszystko, co ma to jak się domyślacie "wygrane" na zawodach. Takie życie... Kupa śmiechu jest zawsze jak Fori opowiada o takich i innych "kwiatkach" z ich wspólnego wędkowania. Pomału wszyscy musimy jakiś węgiel w tabletkach zacząć żreć. Albo Loperamid czy Stoperan. Praktycznie nie ma innych tematów, a jeśli się pojawiają, to tylko na chwilę, na moment, by jak najszybciej wrócić gdzieś w granatową toń między fiordami. Każdy na swój sposób przenosi się za siedemdziesiąty równoleżnik, a nie wyobrażam sobie, aby któryś z nas nie przenosił się tam kilka razy dziennie... Chyba, że to tylko ja jestem jak mały chłopiec, który czeka na św. Mikołaja? Albo już jako młodzieniec - na ten pierwszy raz? Zawsze gdzieś głęboko we mnie drzemie małe dziecko... albo te nieco starsze... Jednak chyba lepsze są tego typu namiętności... [Każdy z nas jest po części Hemingwayem. W głębi duszy samotnym starcem, który nie umie znaleźć dla siebie miejsca, żądnym przygody. Tej jedynej i niepowtarzalnej. A cóż z tego kiedyś pozostanie? Szkielet? Ech, wszystko marność nad marnościami - jak mawiał Kohelet. Całe życie jest gonitwą za czymś, co czasami jest bardzo blisko...] Czekanie w tych męskich namiętnościach jest najcenniejsze. Fascynujące. Czekanie na jutro, na chwilę, która ma nadejść. Bo czy ktoś z nas nie uważa, że Wigilia z całym oczekiwaniem na gwiazdę nie jest bardziej fascynujące od świąt dnia następnego? A miłość? Zobaczcie ile podlotek jest w stanie zrobić "przed", a ile (dla kontrastu) "po"... Co najwyżej może nie chrapać. Jak się na boku położy. Podlotek...ha! A nieco starszy, ot jak ja czy Ty? Okrutne, jednak prawdziwe. No w każdym razie jesteśmy zesrani z tego oczekiwania. Zacząłem układać pilkery, gumy, główki. Dużo tego. Za dużo. Muszę jeszcze jakieś pudełka dokupić. Kilka główek pomalowałem. Sam nie wiem po co. Chyba tylko abym spokojniej mógł zasnąć. Sama świadomość, że się coś pomalowało na czerwono czy żółto daje ukojenie. Nigdy nie stwierdziłem przewagi skuteczności jakiegokolwiek koloru, jednak pomalować trzeba! Działa to bardzo kojąco na wędkarza. W moim stanie to sukces. Potrzebuję ukojenia. Finalizuję projekt logo naszej ekspedycji:
Znajdzie się ono na autach oraz koszulkach. Jeszcze kółka łącznikowe... Ciągle jest to "jeszcze". Czy kiedyś będzie już "wszystko" ![]() 9 dni Odbieram naklejki na samochody. Trzeba cosik poprawić. Vivaro się zepsuło... Idzie do warsztatu. Poduszka pod silnikiem jest urwana. (-) zakląłem siarczyście w duchu. Tylko spokój... Pocieszam się, że wszystko będzie gotowe na czas. Jarek pokazuje mi przez Skype pilkery, które kupił w Korei. Dziwaczne. 10$ za sztukę... Nic nie mówię, jak przyjedzie do naszego sklepu też go nie zabiorę, żeby nie miał kaca z powodu przepłacenia. No nie wiedział ile to ma kosztować. Po południu (w Korei późna noc - 7 godzin różnicy) pokazuje mi grippa - chwytak, który również nabył (na moja prośbę). Ten akurat był tańszy niż u nas. 30 baksów za Berkley'a to przyzwoity zakup. Do tego z miarką ponad 1,8m. Takich długich ryb chyba nie złowimy.
Wieczorem spakowałem sprzęt. Dwa potężne kuferki pełne ołowianych klamotów. Nigdy w życiu tyle zabawek nie brałem. Nigdy w życiu nie jechałem też tak daleko... środa, 2 dni do wyjazdu Siedzimy na walizkach. Mamy już wszystko! Wszystko..(?) Odhaczamy po raz kolejny listę, jak w samolocie podczas lądowania... jeden czyta procedurę, drugi odhacza... No, jest wszystko. Żeby było ciekawiej, zaczyna mnie boleć ząb po kanałowym sprzed trzech lat. Szlag by to trafił albo jakaś inna menda! Chodzę wściekły. Teraz wiem co czują niewiasty, jak dzień przed wyjazdem np. nad morze dostaną, to co mają dostać... Czeka mnie jeszcze niezbyt przyjemna wizyta. Trzeba będzie poświęcić trzonowca, bo innej rady nie ma. Jak rozgrzebią przed samym wyjazdem, to dopiero później może być jazda! Żeby nie myśleć o zębie robię osękę...z pręta żebrowanego "12". Duża osęka, na duże halibuty. Ponoć z nimi żartów nie ma, potrafią nieźle namieszać w łodzi, a tych całkiem dużych, to się nie podbiera, tylko wbija harpun z dowiązaną bojką... i czeka aż bojka wypłynie. Jak rekiny na Discovery. Nawiązujemy też kontakt z człowiekiem, który właśnie wrócił z tego miejsca. Relacje obiecujące. Dorsze 8-25kg, halibuty, największy 34kg, sporadycznie czarniaki 10+kg, molwy i brosmy. Nie sposób mówić o czymś innym. czwartek, jutro wyjazd Przyjeżdża do mnie brat (misjonarz z Korei Płd.) i w naszej parafii odprawia Mszę św. w intencji udanej wyprawy...
Był na niej Filip i Piotr (oczywiście i ja) Jak się później okazało bez łaski i Opatrzności Bożej nigdy byśmy nie dojechali... 25 czerwca, dzień wyjazdu W końcu następuje to, na co się czeka, o czym się śni, marzy, rozmyśla. I nie trwa to jednej chwili (jak u wspomnianego junaka), nie trwa to dwóch chwil, jak spotkanie ze świętym Mikołajem, ale będzie trwać kilka dni. Niewyobrażalne, jednak prawdziwe! Nie wiem kto spał tej nocy dobrze, ja się obudziłem już o szóstej rano. Zbiórka w firmie miała być ok. 10.30. Był lekki poślizg. Jak zwykle wracałem się do domu, po różne zapomniane rzeczy. Jak zajechałem, to Domino śmiał się, że jeszcze maszynki do suszenia sałaty nie wziąłem... Rzeczywiście tego nie wziąłem. Bagażów był opór, aż za dużo, no ale bądź tu mądry i wiedz, co zabrać... W ilości bagażu praktycznie legło nasze "frycowe". Pakujemy bambetle i robimy ostatnie fotki: YouTube Video
Wszyscy zmobilizowani, ubrani w odpowiednie koszulki...
stajemy do wspólnej fotki przedwyjazdowej
I wyjeżdżamy (wreszcie , gdyż tego pakowania końca nie było widać):YouTube Video Droga do Gdańska minęła właściwie na drobnych żartach, takie tam śmiechy-chichy. Na promie po "zakajutowaniu", bez jakichś większych umawiań trafiliśmy do kawiarni na browarka i mecz
Trochę też pokręciliśmy się po pokładzie.
Nie obyło się również bez wygłupów.
Nasz kapelan (przeczuwając chyba problemy) odprawia kolejną mszę , tym razem na promie, w pokoju. Filip robił za ministranta, ja za lektora... Marek gdzieś buszował
I jesteśmy w Szwecji... Oczywiście krótka rozmowa z celnikami, która miała na celu wykazanie celowości użycia "balonika" i ruszamy w trasę. Ksiądz na promie zachowywał się jak należy, stąd celnikom tym razem się nie udało... (reszta no niestety bawiła się do rana na dyskotece i z nieco bolącą głową tudzież wątrobą opuszczała pokład SCANDINAWII). Jedziemy.
Po parogodzinnej jeździe zarządziłem postój na obiadek. Puszki poszły w ruch. Kapuśniak z wkładką, żurek na bekonie i - jak się za chwilę okazało - nieszczęsna fasolówka. Fuj, wzdrygam się jeszcze na myśl tej fasolówki, która nagotowana była z "kosmetyczki" starego knura. Nie dość, że waliła knurem na odległość, to jeszcze w tym fasolowym rosole pływał wielki jak dłoń dziecka, zwinięty i pomarszczony kawał knurzej moszny, albo Bóg wie czego podobnego.
YouTube Video Starczyło, że fasolówka stała się przebojem wyprawy. [Jedną puszeczkę zostawiliśmy sobie "na zaś". Jakby ktoś chciał spróbować nieodpłatnie wyślę... Początkowo chcieliśmy zostawić ją w domku, gdzie mieszkaliśmy - dla kolejnych wędkarzy, jednak uznaliśmy, że byłoby to zwykłym chamstwem...] Jedziemy dalej. Dobiegała północ, a jakoś jasno... Zrobiłem zdjęcie z godziną na radiu 0:09. Jasno. Sądziłem, że to jedynie za kołem polarnym tak jest, a byliśmy dużo przed.
Coś około pierwszej jakiś dziwny chrobot dolatuje spod naszej maski. Stajemy, tym bardziej, że Piotr, który jechał przed nami również się zatrzymał na "przewinięcie małego". Spod maski Vivaro wydobył się dym. i coś zaczęło chrobotać w okolicach sprzęgła. Filip wyszedł w nadziei, że za chwilę to minie, otworzył maskę, potem wrzucił bieg, a auto stoi... K..., K..., K... (-) - słyszę jak chodzi w koło nerwowy i rzuca mięsem. NORWAY EXPEDITION 2010 jakieś tysiąc kilometrów za Sztokholmem kończy swój misternie przygotowywany od półtorej roku, wypad na wielkie ryby... ![]() TO JUŻ JEST KONIEC...
Jesteśmy bezradni jak małe dzieci i zrezygnowani. W głowie przewija się wizja powrotu. Padła skrzynia biegów. Jest sobota w nocy. W niedzielę nic nie jest czynne, do najbliższego miasta 50km. Dzwonimy do ubezpieczyciela (Warta). Proponują hotel i powrót do Polski. Za pół godziny podjeżdża taksówka i laweta.
Wiozą nas do Lulei na parking serwisu Opla. Mamy koczować do poniedziałku. Wtedy serwis jest czynny i będziemy mogli cokolwiek się dowiedzieć co z autem dalej robić. Załamka. Nic nie przychodzi nam do głowy. Różne wersje studzi brak kasy i ograniczenia odpowiedzialności ubezpieczenia Warty. Teraz drobiazgi umowy ubezpieczenia mają swoją wartość na wagę złota. Hotel na dwie doby... Szlag by to trafił... Na co nam hotel w Lulei Chce się ryczeć, wyć i kląć. Jarek w kącie siedzenia po cichu odmawia różaniec. On jeden jest spokojny... Piotr swoim samochodem kontynuuje podróż. Siedzimy w aucie. Jest zimno, byle do rana... YouTube Video
Niedziela rano Idziemy na stacje benzynową rozglądnąć się za autem do wynajmu. Warta oferuje pokrycie 5-ciu dni. Ale auta w stylu corsy czy clio... Co my tam włożymy? Maszynkę do suszenia sałaty? Przecież tam nawet czterech chłopa ledwo się mieści, a przed nami prawie kolejny tysiąc kilometrów. Całkowicie nas to nie urządza. YouTube Video
Ksiądz Jarek idzie sam na poszukiwania i w niedługim czasie znajduje mondeo combi. Z HAKIEM ![]() Dopasowujemy mu przyczepę, Filip załatwia formalności z Wartą i właścicielem stacji. Dochodzi jedenasta a.m. Mamy auto, tyle, że już nie zdążymy na prom w Oksfjordzie. Do przejechania mamy 800km, a czasu zostało niecałe 9 godzin.
Czyli albo jazda na wariata (z przyczepą), albo zrobienie Nordkapp-u i na spokojnie następnego dnia załapujemy się na prom. Z pokorą rozważamy jak dalej jechać. Będziemy dzień później. Ale jednak jechać! Zostawiamy jeszcze w specjalnym okienku serwisu opla kluczyki z problemem i nr tel do nas. Jak w poniedziałek otworzą, to zobaczą co z naprawą. Nieźle to mają rozwiązane! Najważniejsze, że jedziemy! Po drodze, już w Finlandii mijamy Koło Polarne (66 równoleżnik) Nie spiesząc się, robimy sobie foty.
Musimy uważać na renifery, bo łażą po drodze jak święte krowy w Indiach i wcale nie mają zamiaru zejść z drogi.
Patrzymy na Automapę. Czas przybycia: 22:40. Prom wypływa o 20:00. Nie zdążymy i nie ma co śmigać... Ale im bliżej Alty, tym nadzieja na załapanie się na prom jest coraz większa. I coraz mocniej żałuję tych wysiadek na fotki... 18:35 Jesteśmy w Alcie. Ostatnią godzinę gnałem dość szybko, poganiając zblokowane gary mondeo. Niby 150 husarów pod maską, a iść nie chciało więcej niż 130km/h. Może to kwestia przyczepy? W każdym razie z Alty mamy jeszcze 120km górskiej drogi, podobnej do tej na Monte Cassino. Kto był tam, to wie, że w zasadzie jechać się nie da zbyt szybko. Żebyśmy zdążyli na prom, średnią musimy mieć coś ponad 100km/h. Zakręt poganiał zakręt, Tu skały, tu przepaść na 200 metrów, to znowu górki, spadki, renifery, udające krowy, jakieś norweskie omy z zakupów wracające, a ja spocony jak szczur, wyciskam z tej Bogu ducha winnej maszyny ile się da. Za piętnaście ósma mamy jeszcze 40km. Szaleńcza jazda na skrzydłach orłów albo w objęciach Wszechmogącego. YouTube Video Wbrew wszelkim prawom fizyki i zdrowego rozsądku, dwie minuty po ósmej wjeżdżamy na miejscowy prom... Piotr i jego załoga już tam od południa byli. Zdążyliśmy! Koszulkę wydrzymnąłem. Byłem mokry jak szczur. Jarek teraz schował brewiarz do pokrowca. Zaznaczony miał Psalm 23... 2 Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
3 orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. 4 Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.. Zdążyć na ten prom nie było możliwe, więc Bogu niech będą dzięki! Chłopaki mówili, że ładne widoki były po drodze. Nie wiem, może w drodze powrotnej będę mógł się porozglądać. Pogoda pogarszała się z każdą minutą przeprawy promowej wąskimi fiordami. Lało, wichura, jak z mrocznego horroru i fale przewalające się przez bądź co bądź mały stateczek.
Jeszcze do mnie nie docierało, że tu jesteśmy, jeszcze nikt z nas nie wierzył w to... Dopiero emocje powoli zaczęły opadać, gdy usiedliśmy w środku. Dawno nie czułem się tak dobrze.
Marek i Domin szybko pogrążyli się we śnie.
Ja syciłem się widokami, bo lubię taką pogodę, lubię słoną bryzę na twarz otrzymać, lubię wiatr...
Po chwili pobytu na otwartym pokładzie i ja zawitałem w środku promu, usiadłem wygodnie, zsunąłem czapkę na oczy i odjechałem gdzieś między ośnieżone szczyty gór, gdzieś w odmęty, gdzie czaiło się mnóstwo ryb. Ten sen jednak nie objął tych wszystkich emocji, które na nas czekały... Był jedynie namiastką.
Opublikowane w
Wyprawy zagraniczne
Dodaj komentarz |


Po trzykroć szkoda... W Twoim towarzystwie i browar inaczej smakuje, i wódeczka ruda... A wyprawa jest udana nawet gdy ryby za cholerę nie biorą... Dla samego towarzystwa. Ech, szkoda... (pozdrów Ankę
) Wypijemy Wasze zdrowie! Będę o Tobie pamiętał...
















To już trzeci taki młynek w naszej ekipie.
















, gdyż tego pakowania końca nie było widać):



















